czwartek, 26 lutego 2009
sześć miesięcy z pasożytem
Sześć miesięcy, czas powiedzmy sobie szczerze przełomowy bo to znaczy, że już pół roku jesteśmy razem z małym w jednym ciele. Niesamowite ile może się wydarzyć w tak krótkim czasie zupełnie bez naszego w tym udziału poza daniem temu początku. Podział komórek, budowa małego ciałka, działanie małego serduszka wszystko to się po prostu zadziało zupełnie bez mojej w tym interwencji, zupełnie przypadkiem w między czasie urósł we mnie mały człowiek. Człowiek bo to on bez wątpienia który ma swoje własne myśli, sny, oczekiwania i potrzeby. Mała istota która daje znać już o swojej obecności przeciągając się, zagarniając więcej i więcej z naszego wspólnego miejsca które razem dzielimy. Taki słodki pasożyt tylko na 9 miesięcy, mały ależ jakże skomplikowany organizm. Posiada wszystkie funkcje przyjmująco wydalnicze, oddechowe, krążeniowe – taki cud natury, w mniejszych niż my rozmiarach i jakby wewnętrzny.

Jakby będziesz mały człowieku? Czy będziesz do mnie podobny, czy może przybierzesz postać małego taty. Co będziesz sobie myślał, co najchętniej odkrywał, kogo kochał z wyboru. Jakie życie przed tobą moje słoneczko, jak mogę Cię wesprzeć jak ochronić od złego tego świata, do której części życia dopuścić prędzej… nie wiem ale te pytania latają po mojej głowie co raz częściej, co najmniej raz dziennie myślę tylko o nim i o tym jak to z nim będzie…

Wczoraj mój mąż pierwszy raz ugotował zupę w swoim życiu, zrobił to tylko dlatego, że ja lubię zupy a szczególnie rybną. Więc w swojej twórczości kulinarnej stanął przy kuchennym stole, ugotował kalafiora i rybę i zrobił mi taką zupę krem co było bajeczne… wczoraj również odkryłam, że jednak mam zachcianki ogólnie rzecz biorąc. Najpierw zjadłam  chiński makaron z papryką i wieprzowiną, potem wciągnęłam zupy całkiem spory talerz, okazało się jednak, że mam jeszcze na coś ochotę i wchłonęłam puszkę brzoskwiń w sosie cukrowym  - jedno po drugim wszystko więc nie wiem czy to najzdrowsze ale na pewno bardzo smaczne i o dziwo dziś wcale nie cierpię na żołądek.

Ależ ta ciąża to fajna sprawa… polecam 

środa, 25 lutego 2009
Nie no poważnie gdzie są moje palce u nóg???
Zaczynamy dziś 24 tydzień naszego wspólnego życia z Mamą, całkiem nieźle nam się to życie jak dotąd układa więc nie ma co narzekać. Z tego co mi wiadomo ważę już ponad pół kilo czyli spokojnie mogę powiedzieć, że moje mieszkanie się zmieni szyło z mojej perspektywy i dlatego jestem taki ruchliwy bo próbuję sobie rozepchać to i tamto. Szczególnie lubię rozpychać okolicę pęcherza (okazało się, że on ze mną nie walczy tylko tam jest na stałe) co przeszkadza mamie co raz bardziej i bardziej ale sorry no co ja mogę…

Dziś gadałem z tatą, mama położyła jego rękę na brzuchu z rana kiedy kopałem a on mnie dokładnie poczuł co było niesamowite dla niego, Mama to się trochę wzruszyła nawet ale tylko wewnętrznie więc ja to poczułem.

W zasadzie jestem już całkiem ukształtowanym człowiekiem, mam swoje godziny snu i pobudki, wiem kiedy jestem głodny a kiedy muszę iść do toalety (oczywiście jak będę na wierzchu to liczę na jakieś zabezpieczanie w tej dziedzinie – jakieś pieluchy czy coś). Słyszę coraz więcej i więcej – wczoraj na przykład Tata zabrał nas do kina i cały film słyszałem. Całkiem niezły nie powiem  - tutaj mama więcej o nim powiedziała.

Tak sobie myślę, że z jednej strony to fajnie musi być na wierzchu  - to znaczy u was, z drugiej jednak strony trochę mnie to wszystko przeraża. Człowiek ma zacząć żyć normalnie ot tak od pierwszego dnia. Spoczywa na nas noworodkach wielka odpowiedzialność, jesteśmy pod presją nauki, wszystko co nas otacza jest nowe i nowsze i tak przez pierwsze kilka lat, ja to bym chciał jakieś edukacyjne filmy tutaj żeby dostarczano do brzucha. Bo jak Mama ogląda te filmy z porodów innych ludzi to nie jest zachwycona, tyle światła na zewnątrz musi razić moje oczka bo przecież po 9 miesiącach w ciemności nie jest łatwo przyjąć za pewnik fakt, ze na zewnątrz jest SUPER jasno. Generalnie jest głośno i za dużo ludzi i nie fajnie więc ja to się zastanowię czy chce wychodzić… i choć zostało sporo czasu bo Okło 112 dni to poświecę ten czas na przemyślenia.
Namówiłem mamę na zdjęcie brzucha – nie, nie zdjęcie zupełnie bo wówczas nie było by to sensu, ale sfotografowanie go ma sens i to są efekty – duży jestem co?


wtorek, 24 lutego 2009
wielka dosypka
Ponieważ, nie jestem Mamą którą opętał ciążowy monster i nie zjadam niewiadomo jakich ilości przeróżnego jedzenia mój mąż nie może się wykazać swoją wieczną gotowością do wyruszenia w podróż życia za batonem MARS w środku nocy. Niestety dla niego bo pewnie chciałby bardzo być tym co się poświęcał w czasie ciąży – ale spokojnie niewykluczone, że wszystko przed nami. Tymczasem po wizycie u dietetyka wraz ze mną, mój małżonek szczególnie bacznie obserwuje co i kiedy i jak dużo jem i wciąż mi każe jeść więcej i częściej.

Wczoraj siedzieliśmy sobie razem przez telewizorem oglądając program o super niani dla psów (Animals planet nie żartuję jest taki!), swoją drogą naprawdę super program bo pokazuje techniki tresury psów i w jaki sposób je uważnie obserwować. W czasie tego show mój mąż wcinał płatki śniadaniowe cheerios z Melkiem ja jadłam owoce…

- kochanie jak ci smakują cheerios – zapytałam zachłannie patrząc na miseczkę z której jadł

- bardzo mi smakują – odpowiedział małżonek przeczuwając dalszy ciąg, ale milczał po męsku.

 - bo mnie to by też smakowały pewnie, to znaczy chętnie też bym zjadła – powiedziałam lekko już rozmnoża

 - po tych owocach to nie wiem czy mleko to najlepszy pomysł przed spaniem kochanie – upomniałam strapiony mąż

 - zrobisz mi taką miseczkę słońce – powiedziałam jakby ignorując jego martwiące się słowa.

Przygotował mi miseczkę z uśmiechem na twarzy bo wiedział, że taką chce już po pierwszym zdaniu ale nie chciał robić mi jednej zanim nie skończył swojej (oboje mamy problem ze zmywaniem naczyń więc im mniej ich użyjemy tym mniej trzeba będzie zmywać)

Siedzę sobie z moja miseczką i wcinam małe kółeczka zbożowe pełne witamin i słodkiego miodu i ponieważ widzę, że im więcej jem, tym więcej widzę mleka a tym mniej płatków w mojej miseczce to znów zwracam się do męża, który już pominą etap mleka i wcina płatki prosto z pudełka za pomocą dłoni.

 - kochanie, pamiętasz tę Panią doktor od diety, co mówiła – pytam zadziornie

 - tak oczywiście, że masz więcej jeść…  - mąż jak zawsze cierpliwy

- bo widzisz, jak ja widzę to mleko to jakoś mi się odechciewa jeść, czy mógłbyś mi to mleko przykrywać płatkami jak jem? – patrzę na niego z oczami kota ze shrecka.

 - mógłbym – powiedział nawet nie zdziwiony małżonek – to będzie taka wielka dosypka płatków jak w knajpach wielkie dolewki coli.

I tak aż skończyłam mleko mój ukochany małżonek spełniał się w roli męża który pomaga swojej zaciężarówkowanej żonie dosypując płatków dokładnie tam gdzie ich brakowało, nawet w pojedynczy i wybiórczy sposób. A ja widziałam, że sprawa mu to przyjemność – dziwną i nieoczekiwaną – ale przyjemność ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
Lilypie