środa, 29 kwietnia 2009
paluchy pobrane i 33 tydzień czas zacząć
Kolejny krok milowy za nami, dziś odwiedziliśmy instytucję która zrobiła mi biometryczne badanie które składało się z pobrania moich odcisków palców (nawet mi palce zrolowali, żeby mieć większy obraz) plus wykonania jednego zdjęcia bez okularów. Całkiem fajne i przyjemne całe doświadczenie, od teraz mam czekać na kartę pracy i kartę podróży oraz na datę naszego zielono kartowego wywiadu. Działa to tak – teraz będę miała rozmowę wraz z moim mężem o tym, że chce mieć zieloną kartę, po dwóch latach znów czeka mnie biometryka (bo jak się okazało oni nie zatrzymują tych odcisków, no chyba że jesteśmy kimś niebezpiecznym ale to nie w moim przypadku) aby otrzymać kolejna zieloną kartę ale tym razem na 10 lat a potem, potem mogę być obywatelem USA jeśli zechce ale wcale nie muszę chcieć bo mogę sobie zostać polskim obywatelem z zieloną kartą ;)

Dziś ponadto mija 33 tydzień naszego wspólnego bytowania z Ethanem, ja czuję się znacznie lepiej niż ostatnimi czasy. Jestem szczęśliwa bo nie dotyczą mnie żadne puchnięcia nóg a zgagę miałam może z raz w czasie całej ciąży więc chyba tylko pozazdrościć. Mały rośnie jak na drożdżach więc to się zmienia i to w widoczny sposób. Jedyne dolegliwości jakie mam to bóle pleców czasem no i mój ciągły ból w okolicy krocza ale zwalam to na kości które miejmy nadzieje rozchodzą się w celach ułatwienia mi życia w czasie porodu... więc nie jest aż tak źle.

W sobotę mamy badanie na cukier znów ze względu na ostatnie wyniki (1 na 5 lekko negatywny) więc znów od dziś czeka mnie przestrzeganie diety w celu wzmocnienia wyników badań no i w sobotę znów cztery nieprzyjemne nakłucia ale cóż jak trzeba to trzeba a trochę cierpienia nie zaszkodzi dla efektów. Czas biegnie nieubłaganie więc nawet jeśli okażę się że jednak mam jakiś problem z insuliną o nie potrwa to już długo żeby się dietować 

A tak teraz wyglądamy… niezła zmiana co nie?





wtorek, 28 kwietnia 2009
dom na kurzej łapce - czyli szukamy dla nas domu
Mamy prześliczną pogodę ostatnimi dniami, temperatura przekracza 30 stopni więc My z Mamą nie chcemy za bardzo wychodzić a jeśli już to siedzimy w cieniu bo jak wiadomo Mama obawia się mieć jakieś tam plamy słoneczne które w czasie ciąży szczególnie się robią. Jak wychodzimy na słońce to używamy jakiegoś strasznego filtra 50 i w dodatku mnie też się dostaje po brzuchu nieco…

Wczoraj jak Tata wrócił z pracy to zrobił nam grilla a na nim kurczaczka oraz pieczone ziemniaki więc było pysznie a potem Dziadek powiedział nam o domu który on chciał nam kupić ale Babcia się nie zgodziła więc szukają dalej.  Ale ponieważ Dziadek był bardzo przejęty tym domem to my z Tatą postanowiliśmy tam jeszcze tego samego dnia pojechać i sprawdzić dlaczego Dziadek był na Tak a Babcia na Nie.

Gdy zajechaliśmy na miejsce zobaczyliśmy najpierw górę śmieci – staroci wyrzuconych z domu, wcześniej mieszkała tam staruszka która lubiła najwidoczniej kolekcjonować różne różności, można by pogrzebać i coś na pewno znaleźć a może nawet zrobić wyprzedaż garażową. Następnie zobaczyliśmy rozpadającą się szopę którą trzeba by zburzyć, tuż za szopą stała wielka sarna która nawet jak podjechaliśmy samochodem i Mama wysiadła z niego to nie pobiegła nigdzie a przyglądała nam się bacznie. Mama zrobiła parę kroków w jej kierunku a ona zrobiła parę kroków w przeciwnym ale nie uciekała a była raczej zaciekawiona – to dopiero spotkanie z naturą.

Po chwili zobaczyliśmy dom, na wzgórzu które patrzyło na całe 6 hektarów posesji zarośnieetej lasem i mniejszymi krzakami, koniecznymi do uporządkowania ale z możliwościami. Na posesji znajdowała się również zagroda dla jakiś zwięrząt a całość była otoczona kamieniatsym ogrodzeniem wysokością sięgającą do kolan. W ramach zwiedzania posesji dotarliśmy do lekko strasznego zagajnika z drzewami i krzewami owocowymi na których wisiały metalowe lampiony ale bez światła, a że robiło się ciemno to miejsce to wydawało się magiczne ale lekko straszne za razem. Gdy doszliśmy do domu, na nim zobaczyliśmy kartkę „nie nadaję się do zamieszkania” czyli stan domu niestety nadaje się do zburzenia i zbudowania nowego. Stąd też zapał Dziadka który w swoim życiu zbudował parę domów i zdecydowanie lubi to robić, stąd też brak zapału Babci która realnie patrzy na świat i być może poznała moją Mamę na tyle, że wie iż odbudowa, uprzątnięcie tego wszystkiego nie wchodziłaby w rachubę przynajmniej dla niej, zwłaszcza jak to mówią  - Ja nie ułatwię sprawy.

Poszukiwania domu więc trwają, miejmy nadzieje, że uda nam się znaleźć cudo narodowe i w nim zamieszkać prędzej czy później  na razie jednak dalej mieszkamy sobie z Dziadkami u nich w piwnicy i nie jest nam źle, a przy upałach na dworze jest nawet bajecznie chłodniej ;)

Teraz idziemy na górę do kuchni odgrzać sobie wczorajszego ziemniora i zjeść na śniadanie ;)

sobota, 25 kwietnia 2009
Wyprzedaż garażowa
Dziś z samego rana wybraliśmy się na przejażdżkę w poszukiwaniu długo wyczekiwanych wyprzedaży garażowych. To takie coś, że ludzie mieszkający w domach zbierają w kupy wszystkie swoje niepotrzebne rzeczy i wyprzedają po 25 centów lub więcej jeśli coś jest bardziej wartościowe. Docelowo zapewne większość kupionych rzecz na wyprzedażach garażowych trafia na kolejne po kilku latach i tak dla jednego człowieka bezwartościowe starocie stanowią dobrą zabawę dla drugiego i kto wie czasem można dogrzebać się perełek.

Pierwsza wyprzedaż na którą trafiliśmy była całkiem spora pomimo, że dojechaliśmy na nią około godziny 10 czyli w czas kiedy w zasadzie już mało kto przyjedzie a osoby sprzedające już nie liczą na spore zarobki a na to aby nie musieć wkładać wszystkiego z powrotem do swojego garażu. Nas przyciągnęły płyty takie starsze czarne nie cd, mamy ich trochę i całkiem nieźle działający gramofon więc powiększamy naszą kolekcję o kolejne pozycje. Wybraliśmy najpierw normalne takie których będziemy słuchać na co dzień, potem śmieszne bo „Polki” których obecność w pudle było niezłym zaskoczeniem oraz muzykę poważną a w nim Dokrota Żywago którego ja osobiście bardzo lubię…

Kiedy z płytami i paroma książkami przechodziliśmy do następnego punktu zakupowego osoba która sprzedawała wszystko z uśmiechem na twarzy powiedziała do mojego męża:

 - hehehe, kolejny fan Cata Stivensa... – tak lubimy Cata cóż ma łagodny głos i mądre piosenki, może nie chcemy się tym chwalić na lewo i prawo więc mój małżonek lekko zmieszany ale nadal z uśmiechem…
- tak, tak ale to moja żona lubi najbardziej  - zażartował i przełożył płytę na następną aby zasłonić swoją tajemnicę ;) następną była właśnie płyta Doktora Żiwago.
- to jest bardzo dobra muzyka, jej nie musimy się wstydzić, doktor Żywago na pewno Ci się spodoba  - żartując powiedziałam do męża
Na to oczy Pani sprzedającej zrobiły się większe  i od razu wyparowała w pytaniem
- skąd jesteś?
- z polski - odpowiedziałam zgodnie w prawdą…
- wiedziałam  - dumna z siebie gospodyni – my też, znaczy się małżonek, zaraz go zawołam poczekaj… - i wbiegła radośnie do domu w poszukiwaniu małżonka.
Nagle dobiegła nas głos młodego mężczyzny stojącego niedaleko:
 - wiesz, ze teraz spędzisz tutaj co najmniej kilka godzin – śmiał się z nam syn.

Okazało się, że dom należy do Pana z Polski, który wyjechał na dobre w czasie stanu wojennego, nie z powodu ucieczki ale z miłości zupełnie nieplanowanej, z żoną poznali się w Warszawie ona zamieszkała z nim na kilka miesięcy następnie od odwiedził ją i zdecydowali się pobrać, on wrócił do Polski na chwilę i akurat nieszczęście w tę chwilę wybuchł stan wojenny co spowodowało, że zabrano mu papiery i nie mógł się ruszyć przez dziewięć długich miesięcy, ich uczucie przetrwało próbę czasu i odległości a w tym czasie nie było łatwo bo ani internetu ani na dobrą sprawę telefonu w czasie stanu wojennego… wyjechał i został, wiedzie mu się dobrze do tego stopnia, ze kupili w Polsce ziemie i kończą budowę domu z bali, nie wie czy wróci na stałe ale na pewno będzie miał gdzie. Rozmowa nie trwała wprawdzie kilku godzin jak złowieszczo ostrzegł nas syn, ale trwała na tyle długo aby usłyszeć o ich wspaniałej miłości, kilka porad na udane małżeństwo i wiele wiele miłych słów pod moim adresem w kierunku mojego męża – że ma jakiś tam skarb z Polski i powinien o niego dbać ;)
Za wszystkie książki i płyty zapłaciliśmy 4$ i pojechaliśmy do domu z obietnicą że któregoś dnia odwiedzimy się znienacka bo daleko nie mamy ;) a Dla Ethana taki przybrany dziadek nie byłby zły ;)
Z moich osobistych łupów zakupowych na wyprzedaży znalazłam książkę z z 1957 roku o tytule „Podręczny poradnik wychowania i opieki nad dzieckiem” opisująca metody opieki i pielęgnacji od niemowlaka do przedszkolaka – już się nie mogę doczekać rewelacji jakie mogę w książce z lat pięćdziesiątych (przedruk z uzupełnieniem z lat czterdziestych) odnaleźć, jak tylko będzie coś rewolucyjnie fajnego to na pewno napiszę ;)

Teraz lecimy na ognicho piec pralinki amerykańskie nad ogniem a co!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
Lilypie