sobota, 30 maja 2009
No i dupa…i ugotowane dziecko
No może nie dosłownie, skurcze były silne, poszłam nawet na spacer we mgle żeby mieć pewność, że nie przeminął, mąż mój wstał wypił dwa kubki kawy bawiliśmy się dobrze, spakowaliśmy małego torbę z rzeczami, dopakowaliśmy moją i byliśmy gotowi w drogę około drugiej w nocy postanowiłam wziąć prysznic ponieważ moje pachwiny bolały mnie jakbym przebiegła maraton… i po prysznicu który był dość ciepły wszystko przeszło, skurcze się zatrzymały i już nie pojawiły się, dziecię przestało kopać i nawet martwiłam się, że ugotowałam mu głowę… no i nic czekamy dalej, ja lekko zawiedziona nad moimi możliwościami i mam nadzieje, że już niedługo będę mogła go trzymać w ramionach bo już bardzo chce..

A co jeśli to już?
Generalnie dzień dzisiejszy jest dość imponujący, pisze jest bo nadal trwa i może jeszcze potrwać nieco.

Wstaliśmy rano i pojechaliśmy na duże zakupy jak to zazwyczaj robimy w piątki, chodziliśmy po sklepach ja miałam strasznie dużo energii, kupiliśmy poduszkę do karmienia małego taką okrągłą żeby raz go podtrzymać przy samym karmienia a dwa żeby miał opcję położenia się na brzuszku czy miał wsparcie jak będzie leżał w naszym wielkim łóżku. W czasie zakupów około 12 w południe zaczęłam czuć jakby ktoś ściskał mój brzuch, robił się twardy i potem przestawał, i tak trwa to do teraz (20:35) nie jest jakoś szczególnie regularnie, ale jest nie jest też szczególnie bolensne ale odczuwane, teraz do całego zestawu „skurczy” doszedł ból nóg i pachwin oraz pleców choć lekki ból pleców odczuwałam już od wczoraj. Żeby być bardziej konkretnym wydzielonowo się nic nie zmieniło czyli nie chlustam wodami płodowymi jak na filmach i nie odszedł mi sławetny czop śluzowy. Co odczuwam to uczucie parcia na pęcherz oraz ból jakby miesiączkowy ale taki inny niż zazwyczaj… i tak się zastanawiam czy to już czy jeszcze nie, czy naprawdę możemy być w fazie kiedy już nic się nie da zrobić i wylądujemy na porodówce czy to tylko takie próby i nie ma co się ekscytować…

Na pewno damy znać, bo możemy wziąć ze sobą do szpitala komputer i nawet skorzystać z internetu więc będziemy się na bieżąco łączyć… jeśli coś z tego będzie oczywiście 

Poza tym z dobrych wieści dziś dotarła do mnie wyczekiwana paczka od mojej Mamy z książkami (dzięki Mamo jeszcze raz!) Jedna z książek to „kochankowie wszech czasów” tematyka prze zemnie bardzo lubiana, podobna nieco do „sekretów alkowy” wydana przez wydawnictwo Zwierciadła i do zwierciadła załączona jako dodatek w lutowym numerze.
Druga to „Łaskawi” kolejna książka której tematyka zdecydowanie leży w kręgu moich najbliższych zainteresowań, opisująca życie z pierwszej ręki oficera SS który pracował w czasie drugiej wojny światowej nad czystką Żydów na terenach Polski i dawnego związku radzieckiego. Jest bardzo ciekawa choć dla ludzi o zdrowym i nie fanatycznym podejściu do tematu, dla tych może wydawać się zbyt frywolna w opisach zbrodni i zbyt dosłowna. Jak na razie przeczytałam jednym tchem ponad sto stron nie mogąc się oderwać a mój mąż nazwał mnie szaloną książkowiczką ;) może przeczytam ją jeszcze przed porodem… 

Kolejna dobra wiadomość dotyczy mojego statusu imigranta w US, dziś doszła do mnie pocztą moje karta pracy a co za tym idzie moje pierwsze ID ze zdjęciem i nawet odciskiem palców, więc mam aktualnie kartę podróży międzynarodowej zastepującą wizę przy wjeździe do USA oraz kartę pracy ważną przez rok, to wszystko w czasie oczekiwana na Zieloną Kartę ponieważ w momentem otrzymania zielonej wszystkie te papierki i karty tracą ważność i zastępuje je jeden dokument stałego rezydenta i mamy z głowy... jak to dobrze mieć prawnika który się tym wszytkim zajmuje nawet sobie nie wyobrażam wypełniać tego wszytskiego sama i każdemu kto się decyduje na zmianę statusu polecam taką właśnie drogę bo tak zajęło nam to 3 miesiace a inaczej mogłoby zająć nawet lata, bo każdy najmniejszy błąd w papierach (około 25 różnych aplikacji) przedłuża proces o conajmniej miesiąc a tak my mamy to wszytsko w ekspresowym tempie ;)

czwartek, 28 maja 2009
Nie mogę Cię trzymać dla siebie maluszku – naturalne metody wywołania porodu
Jest taka piosenka dla której skaczę na piłce co dzień, mamy ją na płycie analogowej więc brzmi dużo przyjemniej dla ucha i miejmy nadzieje dla dziecia w brzuchu. Piosenka ma dobry tekst jak na moment w którym się znajdujemy czyli na etapie kiedy chcemy aby dziecię wyskoczyło nam jak najszybciej z brzucha. Oto ona

Cat Stevens – can’t keep it



Oh I can´t keep it in
I can´t keep it in, I´ve gotta let it out
I´ve got to show the world, world´s got to see
See all the love, love that´s in me

O nie mogę tego trzymać w sobie
Nie mogę trzymać  w sobię i chcę to wykrzyczeć
Muszę pokazać światu, świat musi zobaczyć
Zobaczyć cała miłość, miłość która jest we mnie

No więc co zrobić aby pokazać światu to co mam w sobie? Czyli sposoby naturalnego wywołania porodu zainspirowane do spisana po poprzedniej notce i komentarzach tak dla uregulowania wiedzy.

1.    stymulacja brodawek sutkowych
2.    sex – czyli pobudzenie pracy macicy oraz zwiększenie elastyczności szyjki macicy
3.    schodzenie po schodach w dół
4.    spacery
5.    sprzątanie, mycie okien czyli wszelkie aktywności fizyczne połączone z wiciem gniazda
6.    lewatywa  - poprzez pobudzenie perystaltyki jelit również macica zwiększa swoją aktywność, oraz usunięcie przeszkody w postaci kału z dołu brzucha ułatwia poród
7.    2 łyżki rycyny
8.    herbata z liści malin
9.    jedzenie ostrych potraw (perystaltyka jelit)
10.    przysiady (może skakanie na piłce – które my wykonujemy ale zdecydowanie jeszcze nie zaczęło to wywoływać porodu u nas)

metody niektóre potwierdzone a niektóre nie, o więcej proszę w komentarzach i dopiszemy

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
Lilypie